Pełna żaru, kończąca się wiosna 1967 roku zapowiadała nadejście jeszcze gorętszego lata. Dnie były upalne, a noce niewiele chłodniejsze. W taką właśnie, zbyt ciepłą noc, wrocławska dzielnica willowa Krzyki powoli pogrążała się we śnie, przynosząc mieszkańcom nieznaczną ulgę po palącym dniu. W większości domków pogasły już światła. Ozdobą ulicy Krzyckiej była willa Skowrońskich. Piętrowy budynek, zaprojektowany w malowniczym, secesyjnym stylu, od strony ulicy otulały pędy dzikiego wina. Pedantycznie przystrzyżone trawniki i ozdobne klomby otaczającego willę ogrodu były dumą pani Skowrońskiej, która osobiście nadzorowała pracę ogrodnika. Cały jej dzień wypełniała pracowita krzątanina, jedynie późne wieczory poświęcała ulubionej rozrywce - lekturze romansów. Właśnie po raz kolejny, może trzydziesty, przeżywała tragedię bohaterki „Przeminęło z wiatrem", gdy lekturę przerwało dochodzące z dołu bicie zegara. Zaczęła liczyć uderzenia. Dwanaście. Trochę się zdziwiła, że czas minął jej tak szybko w towarzystwie Scarlet 0'Hara, dzielnie jednak pokonała ogarniającą ją niechęć do opuszczenia przytulnej pościeli. Wstała z łóżka, narzuciła na ramiona szlafrok i zeszła krętymi schodkami na parter. Za¬paliła światło w korytarzu, jak zwykle sprawdziła zamknięcie wejściowych drzwi i poszła w kierunku frontowego pokoju, zwanego przez domowników
|